Cesarskie Chiny: Pekin dzień 1 (Beijing)

Pierwszy dzień naszej podróży do Cesarskich Chin, czyli przelot do Pekinu, kompleks olimpijski, pierwsze posiłki, Plac Niebiańskiego Spokoju oraz opera pekińska.

Po dotarciu do Warszawy i przenocowaniu u znajomych (pozdrowienia dla Kasi i Tomka) rano ruszyliśmy na lotnisko. Podróż do Pekinu odbywała się z przesiadką w Paryżu. Oprócz nadrabiania kilometrów obyła się bez specjalnych niespodzianek. Z ciekawostek na lotnisku De Gaulla w Paryżu musieliśmy się przedostać między bramami odlotów… autobusem. Lot umilał nam system multimedialny i nadrobienie zaległości w postaci obejrzenia Lego przygody (7/10 dłuższej recenzji nie będzie, po entuzjastycznych opiniach moje oczekiwania były nieco większe).

Po wylądowaniu na lotnisku w Pekinie, około godziny 6 rano czasu lokalnego, przywitał nas lokalny pilot Konrad. Z racji tego, że doba hotelowa zaczynała się po południu, nie tracąc czasu, od razu wsiedliśmy do autobusu i ruszyliśmy na zwiedzanie.

Park Olimpijski

Pierwszym punktem programu była wizyta w okolicach Parku Olimpijskiego. Szeroka promenada prowadziła nas w kierunku słynnego stadionu Ptasie Gniazdo. Przy konstrukcji której użyto tyle stali, że wywołało to kryzys na światowych rynkach.

Aby wejść na teren parku olimpijskiego trzeba było przejść przez bramki, takich miejsc znajdziemy w Chinach wiele, inna sprawa, że kontrole są raczej bardzo symboliczne. Z ciekawostek stadion charakteryzuje się bardzo dobrą akustyką stąd często organizowane są tam koncerty.

Na miejscu byliśmy o 8:45. Po wysłuchaniu krótkiego wprowadzenia dostaliśmy nieco czasu wolnego. Bramy stadionu otwierano od 9. Zanim więc udaliśmy się do samego wejścia postanowiliśmy nieco po eksplorować okolicę. Znaleźliśmy tam kilkanaście ciekawych rzeźb, trochę turystów i kilka intrygujących konstrukcji. Niestety nie mogliśmy sobie pozwolić na zbyt długi rekonesans, a to ze względu na to, że mieliśmy do dyspozycji tylko ok 30 minut.

Tutaj też pojawiła się pierwsza ciekawostka. Chodząc tak i fotografując okolicę zostałem zaczepiony przez kogoś wyglądającego na chińskiego turystę. Zagadną do mnie jak mu się chyba wydawało po angielsku. Jednak nie byłem w stanie zrozumieć ani słowa. Wówczas dziewczyna, która mu towarzyszyła i stała nieco dalej podniosła duży (tak około 6 calowy) telefon komórkowy i dopiero wtedy zrozumiałem, że chodziło mu o zrobienie fotki… ale bynajmniej nie im… to ja miałem być jej współbohaterem, obok dumnie stojącego chińskiego kolegi. Tak oto po raz pierwszy poczułem się jak celebryta 😉

Szczególnie w północnej części Chin, spotkanie białego człowieka jest nadal sporym wydarzeniem. Stąd też często zdarzały się sytuacje, że Chińczycy fotografowali się z Europejczykami (np. innymi uczestnikami naszej wycieczki). Często też komicznie wyglądały podchody takich mniej śmiałych Chińczyków, którzy czaili się w okolicach naszej wycieczki i próbowali ustawiać się tak do zdjęcia aby mieć nas w tle 🙂

Ta fascynacja białym człowiekiem jest bardziej widoczna w północnych Chinach. Im bardziej na południe, tym mniejszą wzbudzaliśmy sensację, no chyba że wśród chińskich turystów pochodzących z mniejszych miejscowości.

Na przeciwko Ptasiego Gniazda znajduje się dosyć charakterystyczny budynek o intrygującej elewacji przypominającej pęcherzyki wody. Okazało się, że były to pływalnie olimpijskie znane jako Water Cube. W 2009 roku zostały zamknięte i przerobione na park wodny.

Według informacji uzyskanych od naszego pilota. W pobliżu powinna się też znajdować fontanna… niestety nie potrafiliśmy jej odnaleźć, jak się później okazało z powodu remontu. Duża część placu została ogrodzona, a prace miały zapewne związek z przygotowaniami do wielkiego święta odbywającego się na początku października – ustanowienia Chińskiej Republiki Ludowej.

Wróciliśmy więc pod stadion próbując zlokalizować bramę przez którą można by do niego wejść… niestety, gdy już się nam to udało, spostrzegliśmy, że musimy wracać na umówione miejsce spotkania z grupą. Ostatecznie nie zobaczyliśmy stadionu od środka. Był to pierwszy moment, w którym zastanawialiśmy się czy wycieczka objazdowa to dobry pomysł… na szczęście w okolice Stadionu Olimpijskiego jeszcze wróciliśmy… ale o tym jak do tego doszło w jednym z kolejnych wpisów.

Plac Niebiańskiego Spokoju (Tian’anmen)

Spod terenów olimpijskich ruszyliśmy na słynny plac Tian’anmen. Ten największy na świecie plac publiczny, mający rozmiary 800m na 300m i mogący pomieścić milion ludzi, w zachodniej części świata jest kojarzony z krwawo stłumionymi protestami studentów w 1989 roku. Chińczycy postrzegają go jednak inaczej, jako miejsce zmian. Tu bowiem 1 października 1949 roku Mao Zedong proklamował Chińską Republikę Ludową, a w 1966 roku spotkał się z Czerwonogwardzistami. Zbierali się tutaj manifestanci z Ruchu Czwartego Maja, a w 1976 roku doszło do zamieszek skierowanych przeciwko bandzie czworga.

Większość informacji jakie usłyszeliśmy o tym placu nasz pilot opowiedział przed dotarciem na miejsce. Wiązało się to z faktem, że kiedyś po placu spacerowali tajniacy znający różne obce języki i przysłuchiwali się temu co piloci opowiadali grupom. W przypadku poruszania bardziej drażliwych tematów mogło to sprowadzić nieprzyjemności na chińskiego organizatora takich wycieczek (oczywiście nasz operator musi współpracować z firmą lokalną).

Na placu znajdują się dwa budynki: pomnik Bohaterów Ludu oraz mauzoleum Mao Zedonga. Aby wejść na ten teren obywatele chińscy potrzebują specjalnej zgody. Wycieczkom z innych części świata jest podobno trochę łatwiej, ale oczywiście zanim wejdzie się na teren placu trzeba przejść przez kontrolę bezpieczeństwa.

Z ciekawostek, na placu obecnie zawsze są dostępne dwa portrety Mao, a to za sprawą incydentu, który miał miejsce w latach 70-tych w trakcie studenckich protestów, gdy jedyny wiszący tam portret przywódcy został oblany farbą. Sprawcy tego wybryku wiele lat przesiedzieli w więzieniu, a od tamtego momentu zawsze pod ręką jest zapasowy portret.

Ze scenek rodzajowych, byłem świadkiem, jak grupa młodych ludzi próbowała rozwinąć flagę (chyba Tybetu – choć pewny nie jestem) i zrobić sobie z nią zdjęcie, natychmiast interweniował strażnik pilnujący porządku.

 

Pierwszy chiński obiad

Po wizycie na placu Tian’anmen przyszedł czas na nasz pierwszy posiłek w Chinach. Zostaliśmy zabrani do restauracji, która serwowała chińskie dania przystosowane jednak do żołądków i przyzwyczajeń Europejczyków. Gdybyśmy dostali normalne potrawy, które na co dzień jedzą lokalni mieszkańcy, pewnie mielibyśmy problem z ich zjedzeniem. Nie chodzi bynajmniej tylko o sposób przyrządzania i używane specyficznych przypraw, ale też fakt, że mieszkańcy Chin lubują się w celebrowaniu posiłków, stąd też pojęcie fileta (np. z kurczak) jest im zupełnie obce, ponieważ  wysysanie kostek do samego szpiku to według nich czysta przyjemność.

To co nam serwowano choć często było trudne do identyfikacji (np. smażone kwiaty lotosu) ogólnie było bardzo dobre i nawet jeżeli trafiało się coś, co generalnie nie było naszym przysmakiem dało się to zjeść.

Jeszcze kilka słów o samym stole. We wszystkich miejscach byliśmy zapraszani do 8-11 osobowych, okrągłych stołów, które na środku posiadały obracająca się tacę. Tam to trafiał ryż, a później kilka pozostałych potraw, które wedle ochoty każdy mógł sobie nałożyć na swój talerz. Z ciekawostek zupa traktowana jest jako “zapychacz” (gdy nie najadłeś się podstawowymi daniami) i często pojawiała się na stole jako jedna z ostatnich.

Okolice hotelu

Po obiedzie trafiliśmy do hotelu. Tutaj była przewidziana przerwa na regenerację. Ze względu na ekscytację nowym miejscem postanowiłem z niej nie korzystać i wybrałem się na samotny spacer po najbliższej okolicy.

Niestety nie było tam żadnych większych atrakcji, tak więc pooglądałem sobie pobliskie blokowiska oraz pozostałe jeszcze gdzieniegdzie starsze i biedniejsze formy zabudowy.

Z ciekawszych rzeczy w pobliżu znajdował się jeden z pekińskich dworców. Niestety w Chinach nie można wejść na dworzec kolejowy nie posiadając biletu. Co najwyżej mogłem go obejść dookoła.

Opera pekińska

Po odpoczynku czekała nas kolacja i ostatnia atrakcje pierwszego dnia – Opera pekińska. Był to pokaz specjalnie dla turystów, który odbywał się w jednym z hoteli. Z naszą europejską operą nie ma ona zbyt wiele wspólnego. Przypomina bowiem bardziej przedstawienie teatralne z elementami akrobatyki. Arie też nie są śpiewane, a raczej deklamowane w dosyć charakterystyczny sposób. Nasze przedstawienie składało się z trzech opowiastek o różnym stopniu intensywności.

Fanem tej formy sztuki raczej nie zostałem (chyba większość widzów miała podobne odczucia – część nawet nie doczekała do końca), ale jeżeli potraktujemy to jako doświadczenie będącą część poznawczą sztuki dalekiego wschodu warto z raz to zobaczyć.

Z ciekawostek oprócz opery pekińskiej jest też opera kantońska, która podobno jest jeszcze mniej przyswajana dla Europejczyka. Jeżeli chodzi operę w europejskim stylu to w Chinach moda na nią dopiero się zaczyna wśród młodszego pokolenia.

W następnym odcinku drugi dzień spędzony w Pekinie w trakcie którego zwiedziliśmy Świątynię Nieba, słynne Zakazane Miasto oraz dzielnice starej zabudowy Hutongi. A na deser (a właściwie kolację)… kaczka po pekińsku.

Link do pełnej galerii

Wszystkie wpisy poświęcone wycieczce do Chin znajdziecie pod tagiem Cesarskie Chiny

6 myśli na temat “Cesarskie Chiny: Pekin dzień 1 (Beijing)

  1. Z Pekinu mam mało wspomnień, choć niewątpliwie ciekawych. Byłem tam na kilka miesięcy przed olimpiadą i już wtedy było widać niezłe poruszenie. W większych sklepach ekspedientki w chwilach wolnych nerwowo zerkały na jakieś karteczki, aż w końcu jedna z nich odważyła się zagadać do mnie i poćwiczyć…. język angielski 🙂 Spojrzałem na karteczkę i miała tam wydrukowane zwroty grzecznościowe. Jak się zagłębiłem w temat, to okazało się że mieli przykaz nauki tych zwrotów.

    „Tak oto po raz pierwszy poczułem się jak celebryta” 🙂 Z tą ciekawością chińczyków w stosunku do europejczyków to jest różnie. Nie jestem przekonany czy ma tu znaczenie rejon, tu chyba chodzi o miejsca rozwinięte i te mniej. Ja raz miałem sytuację jak niski jegomość mierzył się ze mną wzrostem w hotelowej windzie (mam 185cm, więc bez przesady :).

    Ten budowlany „styl”, jak na zdjęciu DSC09741 to najczęstszy widok na „na zapleczu” ładnych hoteli i biurowców. Ponadto miałem wrażenie że coś jest u nich z prawem budowlanym nie tak (ale nie miałem okazji z nikim pogadać), bo tam nic się nie remontuje. Budynki niszczeją, rozpadają się, aż dochodzi najczęściej do katastrofy budowlanej.

    Z Pekinu do dzisiaj pamiętam oryginalną pekińską kaczkę. Co ciekawe, gość z biura wiedział chyba o krążących po świecie podróbach tego dania, bo za punkt honoru postawił sobie byśmy skosztowali tej prawdziwej. No i pamiętam do dzisiaj jej smak i to z jakim namaszczeniem przygotowywała ją asystentka chińczyka. Nie kaczkę, lecz jej sposób podania. Każdy kawałek zawijała w ciasto razem z jakimś zielskiem :), moczyła w dwóch różnych sosach i podawała je.

    Na placu nie byłem :/

    1. Co do celebrytów to zapewne w Szanghaju czy HongKongu łatwiej spotkać człowieka z zachodu (więcej korporacji ma tam swoje siedziby). Ale fakt głównie wzbudzaliśmy zainteresowanie u chińskich turystów (zapewne z prowincji).

      O kaczce trochę więcej będzie w następnym odcinku 😉
      Plac jak plac… ciekawsze są opowieści z nim związane (no i ewentualnie street photo ;))

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s