Strona główna > Film > Film: Zjawa (The Revenant)

Film: Zjawa (The Revenant)

zjawaPo obejrzeniu trailera nie byliśmy jakoś szczególnie zainteresowani wybranie się na Zjawę ale postać reżysera (Alejandro González Iñárritu) i operatora (Emmanuel Lubezki) odpowiedzialnych za ubiegłorocznego Birdmana (który zresztą zgarną moją osobistą nagrodę za najlepszy film ubiegłego roku) wskazywały, że warto tę produkcję znać. Poza tym głupio by było, gdyby okazało się, że Leo w końcu dostanie Oskara, a my akurat przegapimy ten film ;). W dzień premiery wybraliśmy się więc do kina… no i cóż…

Opowieść o Hugh Glassie, który mocno poturbowany przez niedźwiedzia zostaje porzucony w zimowym klimacie przez swych kompanów na pewną śmierć, a dzięki nadludzkiej determinacji przeżywa i dociera do oddalonego o 300 km dalej obozowiska, bazuje na faktach. Jednak oryginalna historia, która stanowiła podstawę dla scenariusz, został mocno zmodyfikowana, wprowadzając postać syna głównego bohatera. Staje się on postacią motywującą działania naszego protagonisty. Niestety relacje między ojcem i synem nie są budowana jakoś nad wyraz szczegółowo… i nie budzą tak naprawdę żadnych głębszych uczuć. Stąd też pewnie motyw zemsty, z którego wynika  nadludzka determinacja bohatera, też staje się tylko pretekstem i nawet nie zbliża się on emocjonalnie do klasyki takiej jak chociażby Oldboy.

Film wizualnie i technicznie jest fantastyczny… szkoda jednak, że nie idą za tym emocje… Zdaje sobie sprawę, że jest to obraz bardziej kontemplacyjno-mistyczny (podczas seansu przyszły mi skojarzenia z Tańczącym z wilkami – być może ze względu na motyw Indian i ich sytuacji po wkroczeniu białych na zasiedlane przez nich terytoria), ale tylko momentami film tak naprawdę angażował widza. W trakcie projekcji potrafiłem tylko podziwiać wirtuozerię operatora… nie przełożyło się to emocje związane z historią i losami głównego bohatera. Wybierając się na film oczekuje bardziej kompletnych wrażeń na większej liczbie poziomów niż tylko wizualnej…

Największy problem miałem chyba z faktem, że pomimo, a może dzięki, fantastycznej realizacji, która sprawiała wrażenie niemal uczestnictwu w wydarzeniach, momentami wydawało mi się, że jestem na seansie filmu akcji klasy B… Powodem tego były zupełnie nierealistyczne wychodzenie z opresji Glassa (przykładem może być wydobywanie się z “grobu”… powinno to zając długie dziesiątki minut jak nie godziny, cudowne unikanie strzał i kul w kilku momentach, gdy nasz bohater był kilka metrów od potencjalnych wrogów, którzy w innych sytuacjach cechowali się zabójczą skutecznością, czy nieracjonalnym zachowaniem kapitana, który w pojedynkę chciał pojmać zaprawionego w boju żołnierza)… o ironio chyba najbardziej realistyczny wydaje się w tym momencie motyw z koniem…

Oczywiście to nie jest zły film.. nie nudziłem się na nim tak, jak na najnowszym Tarantino (który generalnie też nie był złym filmem ;)) natomiast wyglądało to raczej tak, jakby od początku istniała wizja „graficzna” filmu… a zapomniano popracować nad samym scenariuszem… (jakby skrypt został przygotowany pod typowy film przygodowy, a wziął się za niego reżyser o bardziej artystycznych aspiracjach…) i to mi niestety zgrzytało…

Ostatecznie więc połączenie filmu “przygodowego” z filozoficzno-symboliczno-mistycznym nie do końca się sprawdza… nie dostajemy bowiem ani rasowego kina przygodowego podczas którego z napięciem śledzimy wyczyny bohatera, ani ambitnego i filozoficznego dzieła, które można kontemplować jak filmy  Tarkowskiego.

Na zakończenie jeszcze parę słów o aktorstwie. Leo… gra ok… ale nie powiedziałbym, że jest to jego rola życia. Znając natomiast gusta akademii filmowej, lubiącej przyznawać nagrody dla aktorów, którzy fizycznie poświęcali się dla swojej postaci, nie jest on bez szans. Najbardziej z aktorów podobał mi się natomiast Tom Hardy. W roli cynicznego żołnierza skupionego na zapewnieniu sobie zysku i dostatniego życia, wypada najbardziej przekonująco z całej obsady.

Choć może to zabrzmieć nieco dziwnie ale Zjawę można traktować jako przykład “przerostu formy nad treścią” choć oczywiście nie jest to typowy taki przypadek, bo film ma swoją symbolikę i głębię… ale po prostu jego fenomenalna realizacja przyćmiewa i spycha na dalszy plan, pozostałe aspekty tego dzieła.

Jest to o tyle dziwne, że za film odpowiada ta sama ekipa, która w zeszłym roku zrobiła fantastycznego i również efektownego pod każdym względem (zdjęcia, muzyka, aktorstwo, reżyseria, scenariusz) Birdmana, z tą różnicą, że tam wszystko miało swój cel. Każdy element tej układanki pasował do koncepcji i uzupełniał się tworząc film totalny… nie miało się wrażenia, że coś jest nie na miejscu i zostało zrobione tylko dlatego, że były takie możliwości techniczne…. w Zjawie niestety, nie udało się tego powtórzyć.

Moja subiektywna ocena: 7/10 (jak interpretować moje oceny dowiesz się tutaj.)

Więcej o filmie na: Filmwebie, IMDB

Advertisements
  1. Brak komentarzy.
  1. 18 lutego 2016 o 19:02
  2. 22 stycznia 2017 o 09:58

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: