Nowe Horyzonty 2017: Część IV

Ostatnia część relacji z festiwalu to 5 filmów. Dwa oblicza Izreala czyli młoda kobieta, która zamieszkuje w ortodoksyjnej dzielnicy żydowskiej (Spokojne serce). Inspirowana prawdziwymi wydarzeniami z Australii historia uprowadzenia młodej dziewczyny przez parę sadystycznych kochanków (Ogary miłości). Próba rozliczenia się z mrocznymi momentami w dziejach Węgier 1945. Opowieść o dorastania nastolatków w chilijskiej stolicy (Jesús) oraz niekonwencjonalna biografia poświęconą filozofowi Ludwigowi Wittgensteinowi wyreżyserowana przez Dereka Jarmana (Wittgenstein).

Spokojne serce / A Quiet Heart / Lev shaket meod reż. Eitan Anner (Izrael 2016)

Noami właśnie co przeprowadziła się z nowoczesnego Tel-Awiwu do bardziej tradycyjnej Jerozolimy. Ze względu na brak środków finansowych znajduje mieszkanie w położonym na uboczu blokowisku zamieszkanym przez ortodoksyjnych żydów. Bardzo szybko sąsiedzi dają jej do zrozumienia, że młoda, samotna kobieta nie jest tu mile widziana, gdyż za pewne jest rozwiązała i nieczysta. Wkrótce okazuje się, że Noami była utalentowaną pianistką, która jednak nie wytrzymała presji związanej z dużymi oczekiwaniami oraz ogromem pracy, która musiała poświęcić swojej pasji. W Jerozolimie chce na nowo ułożyć sobie życie bez presji i oczekiwań, zapominając o pianinie. Okazuje się to nie takie proste. Najpierw ze względu na młodego chłopca z sąsiedztwa, który ukradkiem zakrada się do jej pokoju, gdzie znajduje się stare pianino aby na nim pograć. Później uwodzi ją piękny dźwięk organów, które znajdują się w pobliskim kościele katolickim, który jest nielubianą wyspą w ortodoksyjnej dzielnicy. Tam to poznaje młodego zakonnika pochodzącego z Włoch u którego chce brać lekcje gry na organach. Wieść o tych lekcjach szybko jednak dociera do sąsiadów, którym coraz bardziej nie podoba się zachowanie młodej sąsiadki.

To film który z jednej strony dosyć ciekawie opowiada o sytuacji społeczeństwa w Izraelu, podzialonego na jego nowoczesną i ortodoksyjną część. O fanatyzmie religijnym i tradycyjnych społecznościach, które boją się wszystkiego co obce, inne i są skłonni do zniszczenia ich za wszelką cenę. To też historia samotnej kobiety, która ma dosyć presji i wyścigu szczurów jakim poddawane jest dzisiejsze społeczeństwo. Najbardziej interesujący jest wątek społeczny, nieco ocierający się o romans, wątek znajomości z młodym zakonnikiem.

Moja subiektywna ocena: 6/10 (jak interpretować moje oceny dowiesz się tutaj.)

Więcej o filmie na: Filmwebie, IMDB

 

Ogary miłości / Hounds of Love reż Ben Young (Australia 2016)
Historia inspirowana faktami, które wydarzyły się w połowie lat 80-tych na przedmieściach australijskiego Perth. Wracająca późnym wieczorem z imprezy, 17 letnia Vicky zostaje zaczepiona przez obcą parę, małżeństwo w średnim wieku, z propozycją podwózki do domu. Ci z pozoru sympatyczni ludzie okazują się, niezrównoważonymi kochankami mającymi skłonności do sadyzmu. Zwabiają młodą dziewczynę do domu, gdzie przetrzymują ją przykutą do łóżka, maltretując i wykorzystując seksualnie. Vicky nie była zresztą ich pierwszą ofiarą…

Tym razem jednak sytuacja nieco wymyka się spod kontroli. Okazuje się, że John bardziej interesuje się młodą dziewczyną niż własną konkubiną, która zaczyna odczuwać zazdrość. I choć duet wciąż współpracuje ze sobą, w Evelyn budzą się wątpliwości, dotyczące tego, że jej potrzeby nie są priorytetowe. Evelyn pragnęła bowiem dziecka, na które póki co nie godził się John w zamian za to kupując ją psa (tytułowego ogara). Niestety nie traktuje go zbyt dobrze. Zauważywszy to Vicky próbuje wykorzystać ten fakt do skłócenia sadystycznej pary… mając nadzieję na ucieczkę od nieuchronnej śmierci.

Trzymający w napięciu dreszczowiec, który bazuje na grze psychologicznej i skomplikowanymi relacjami pomiędzy poszczególnymi bohaterami, gdzie główne role odgrywają zdeterminowane kobiety. Świetny aktorsko (Ashleigh Cummings, Emma Booth, Stephen Curry) i dobrze wyreżyserowany film (Ben Young) zgrabnie balansujący między bolesnym realizmem a pornografią przemocą.

Moja subiektywna ocena: 7/10 (jak interpretować moje oceny dowiesz się tutaj.)

Więcej o filmie na: Filmwebie, IMDB

1945 reż. Ferenc Török (Węgry 2017)
Tytułowy 1945 to rok, w którym dzieje się akcja tej węgierskiej produkcji. Na stacji w prowincjonalnej miejscowości zatrzymuje się pociąg…  wysiada z niego dwóch żydów jeden starszy, drugi młodszy wraz z tajemniczą skrzynią, która według dokumentów zawiera perfumy i inne drobiazgi. Dwóch przybyszów wynajętym wozem udaje się ze skrzynią do oddalonego od stacji miasteczka. Naczelnik stacji szybko informuje o nietypowych przyjezdnych komisarza miejskiego, którego syn właśnie tego dnia ma mieć ślub. Pomimo tak ważnej uroczystości informacja o niespodziewanych osobnikach burzy jego dobry nastrój, a dodatkowo plotki szybko roznoszą się po wsi… Mieszkańcy nie są jednak szczęśliwi… czy boją się konkurencji ze strony nowych sklepikarzy, czy stoją za tym inne grzeszki z przeszłości… a przede wszystkim jaki jest prawdziwy cel tej wizyty.

Film Ferenca Toroka to film w modnym ostatnio tonie rozliczeniowym z trudnymi momentami w dziejach własnego kraju. Większość krajów uczestniczących w II wojnie światowej ma w swojej historii takie epizody… bratni naród węgierski nie jest tutaj wyjątkiem. Tym razem choć produkcja pod względem formalnym stoi na dobrym poziomie (ciekawe czarno-białe zdjęcia i dosyć awangardowa muzyka) to jednak emocjonalnie film kompletnie się nie broni. Społeczność wioski przedstawiona została bowiem według bardzo prostego schematu. Każdy kto pojawia się na ekranie może stanowić archetyp postaci z dowolnego miasteczka na świecie. Koniunkturalny komisarz idący za głosem władzy i pieniędzy, nieudolne dziecko miejscowego dygnitarza, przystojny rewolucjonista, skorumpowany ksiądz, idealistyczny i naiwny syn, czy mający wyrzuty sumienia zdrajca… to postacie, które rozszyfrowujemy już od pierwszej sceny w której się pojawiają. Co więcej reżysera nie interesuje pogłębienie żadnej postaci czy nadanie jej niejednoznaczności moralnej. Wszystko to sprawia, że film kompletnie nie angażuje.

Ostatecznie więc, ta tragiczna opowieść z przeszłości interesuje nas tyle co “zeszłoroczny śnieg”, nie mamy ani komu kibicować ani kogo specjalnie nienawidzić. I choć sama końcówka jest interesująca to materiału starczyło co najwyżej na krótkometrażówkę. Nie tak powinno wyglądać dobre kino, które ma skłaniać do refleksji na temat przeszłości własnego narodu.

Moja subiektywna ocena: 4/10 (jak interpretować moje oceny dowiesz się tutaj.)

Więcej o filmie na: Filmwebie, IMDB

Jesús reż. Fernando Guzzoni (Francja, Grecja,  Niemcy, Chile, Kolumbia 2016)

Historia dorastania młodego chłopaka o imieniu Jesus. Jesus mieszka praktycznie sam w mieszkaniu ojca, który odwiedza go dosyć rzadko aby dać mu kieszonkowe. Chłopak nie ma za dużo obowiązków, nie zdecydował się na zdawanie egzaminów, a wolny czas spędza na szlajaniu się ze znajomymi z boysbandu oraz prób do konkursów młodych talentów. Pewnego wieczoru po ostrej imprezie w parku znajdują pół przytomnego chłopaka… początkowo zabierają go ze sobą, później jednak niewinne żarty przybierają coraz bardziej brutalny charakter. Rano okazuje się, że skatowany chłopak trafił do szpitala, a nasz bohater nie do końca pamięta co się tam działo… niestety przypomina sobie, gdy widzi filmiki nagrane komórką…. Nie wiedząc co począć prosi o pomoc ojca… ten sugeruje mu opuszczenie domu… szczególnie, że wspólnicy zaczynają domagać się bezwzględnego milczenia…

Jesus został nakręcony w konwencji przypominającej para-dokument w stylu słynnych Dzieciaków Larrego Clarka. Przez większość filmu obserwujemy więc codzienność młodzieży mieszkającej w stolicy Chile. Imprezy, niezobowiązujące eksperymenty seksualne, brak odpowiedzialności za własne czyny i ogólna beztroska. Co prawda widać że niektórzy z nich posiadają jakąś pasją, ale rozpraszacze i pokusy nie pozwalają im się w pełni jej poświęcić.

Niestety przez większość czasu opowieść jest nużąca pomimo naturalistycznych scen libacji i seksu… a nieoczekiwana końcówka nie jest wystarczającym atutem aby zatrzeć półtorej godziny raczej nudnego seansu.

Moja subiektywna ocena: 4/10 (jak interpretować moje oceny dowiesz się tutaj.)

Więcej o filmie na: Filmwebie, IMDB

Wittgenstein reż. Derek Jarman (Wielka Brytania, Japonia 1993)

Derek Jarman po raz kolejny przedstawia nam niekonwencjonalną biografię tym razem poświęconą filozofowi Ludwigowi Wittgensteinowi. Całość zbudowana jest z luźno połączonych ze sobą skeczów pochodzących z różnych etapów życia myśliciela z nieco bardziej surrealistycznymi wstawkami (jak rozmowy naszego bohatera z Marsjaninem). Wittgenstein urodzony w Wiedniu, a studiujący w Cambridge zajmował się przede wszystkim językiem i logiką. Uważany jest za ojca chrzestnego neopozytywizmu oraz filozofa, który wniósł kluczowy wkład w badaniach nad pragmatyką.
Za życia filozofa wydano tylko jedną jego książkę traktat logiczno-filozoficzny, który składał się z licznych ponumerowanych aforyzmów. Taka jest też konstrukcja filmu. Poszczególne epizody są jednak nierówne… niektóre bardziej zabawne, inne bardziej filozoficzne, całość wymaga jednak pewnego skupienia podczas seansu ze względu na pragmatyczny i logiczny język używany przez bohatera, który jest pełen cytatów z jego tekstów. Film zrealizowany został w dość ascetyczny sposób przypominający przedstawienie teatralne.

Moja subiektywna ocena: 5/10 (jak interpretować moje oceny dowiesz się tutaj.)

Więcej o filmie na: Filmwebie, IMDB

P.S. Pozostałe części relacji z festiwalu Nowe Horyzonty 2017 znajdziecie pod tagiem nh2017

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s