Strona główna > Film > Film: Zabicie świętego jelenia (The Killing of a Sacred Deer)

Film: Zabicie świętego jelenia (The Killing of a Sacred Deer)

10 stycznia 2018 Dodaj komentarz Go to comments

Po intrygującym Kle oraz świetnym Lobsterze najnowszy film Yorgosa Lanthimosa jest dla mnie sporym rozczarowaniem. W zasadzie nie miałem zamiaru pisać tej recenzji (troszkę było mi szkoda na nią czasu) ale, że o filmie jest dosyć głośno chciałbym ostrzec miłośników poprzednich filmów tego reżysera… tym razem mówiąć kolowialnie przehipsterzył.

Film bardzo powoli się rozwija, przez pierwszą godzinę mamy bowiem do czynienia z ogólnym zarysem postaci oraz tła akcji. Poznajemy więc szanowane małżeństwo lekarzy Stevena Murphyego (Colin Farrell) oraz jego żonę Annę (Nicole Kidman), a także dwójkę dzieci (nastoletnią córkę Kim oraz młodszego syna Boba). Dosyć szybko pojawia się także postać tajemniczego chłopca Martina (Barry Keoghan) który utrzymuje dziwne i dwuznaczne relacje ze Stevenem.

Dopiero po godzinie seansu powoli zagadka tej znajomości rozwiązuje się i następuje właściwa “akcja”. Dopiero wówczas poznajemy historię oraz motywację głównych bohaterów, a także wydarzenia, które coraz bardziej sugerują nadchodzącą tragedię. Chcąc uniknąć spoilerów nie chcę jednak wchodzić w szczegóły fabuły. Dość powiedzieć, że jest ona równie “dziwaczna” co w poprzednich filmach tego greckiego reżysera.

Niestety najnowszy film Lanthimosa jest praktycznie całkowicie wyzbyty emocji. A chodzi konkretnie o przejmowanie się losem poszczególnych postaci. Reżyser dba o to abyśmy nikogo z nich specjalnie nie polubili, a gdy nikogo nie lubimy to trudno nam komukolwiek kibicować i angażować się w film. Dodatkowo reżyser, kazał swoim głównym aktorom grać z tą samą manierą co w Lobsterze. O ile w tamtej (mocno surrealistycznej) produkcji to się sprawdzało, tutaj gdy świat przedstawiony jest zdecydowanie bardziej realny, zupełnie nie spełnia to swojej roli i wygląda nienaturalnie (jakby z innego filmu). Nie pomaga to w budowaniu naszego zaangażowania.

Co więcej nie do końca jasna jest symbolika, która pojawia się w filmie (z jednej strony nawiązania do pewnego mitu greckiego z drugiej do religii chrześcijańskiej) dopiero lektura po sensie naprowadziła mnie na właściwe tropy. Co więcej nie były one na tyle odkrywcze (film nie opowiada niczego nowego) aby były warte tego zaangażowania.

Film jest nudny, mało inspirujący, a w końcówce zbyt dosłowny. Dodatkowo powiela schematy, które już były poruszane przez reżysera w poprzednich produkcjach, tym razem jednak z gorszym skutkiem (słabo się go ogląda). Oprócz aspektów technicznych (które są w porządku ale w obliczu nudnej całości przechodzi się do nich raczej obojętnie), jedynym powodem dla obejrzenia tej produkcji jest rola młodego Barrego Keoghana, który zdecydowanie najciekawiej i najbardziej naturalnie wypadł z całej ekipy, tworząc postać intrygującą, a zarazem zwyczajną. Ten chłopak naprawdę ma talent.

Niestety moim zdaniem nie jest to dobry film, a całe zamieszanie wokół niego wynika z “oryginalności/dziwności” tego reżysera, która zaczyna przesłaniać aspekty, którymi powinno charakteryzować się dobre kino. Jeżeli jedynym atutem ma być wymuszona “dziwność” filmu i nawiązanie do klasycznych mitów to trudno mi go komukolwiek polecić.

Moja subiektywna ocena: 5/10 (jak interpretować moje oceny dowiesz się tutaj.)

Więcej o filmie na: Filmwebie, IMDB

Reklamy
  1. 13 stycznia 2018 o 08:58

    Ten film jest całkowicie wyzbyty z emocji, bo taki miał być z założenia. Aktorzy grają w sposób, rzekłabym, autystyczny po to, żeby pokazać, że tak naprawdę wielkie dramaty przeżywamy w środku, nie trzeba zawsze uzewnętrzniać swoich emocji. Na tym polega kino artystyczne, nie wszystko musi być dosłowne. Oczywiście, nie każdemu odpowiada taka konwencja, doskonale to rozumiem, ale przyznam, że na „Zabiciu świętego jelenia” w paru momentach miałam ciarki na plecach – kiedy bohaterowie okazują tak mało emocji, każda najmniejsza zmiana w ich zachowaniu, każda bardziej gwałtowna reakcja powoduje, że reżyser porusza w tobie jakąś strunę. Duża też w tym zasługa tej psychodelicznej muzyki.

    Pozdrawiam 🙂

    • 13 stycznia 2018 o 09:59

      Oczywiście reżyser może mieć swoją wizję „kina artystycznego” a ja jako widz mogę stwierdzić czy mi się ta wizja podoba czy nie i czy do mnie trafia. W tym przypadku zupełnie do mnie nie trafiła… co więcej zauważyłem, że reżyser w swoim „artyzmie” zatrzymał się w miejscu… W poprzednich filmach również stosował tą samą konwencję, a jednak efekty były zdecydowanie bardziej intrygujące… mnie najnowszy film greckiego reżysera niestety znudził… i nie wywołał zakładanych przez niego emocji..

      Pytanie czy widziałeś wcześniejsze filmy tego reżysera i co o nich sądzisz i jak wypadają w porównaniu do tego?

      • 13 stycznia 2018 o 12:58

        Widziałam (gdyż jestem dziewczyną 😉 ) „Lobster” i przyznam, że mi się podobał, chociaż trudno tutaj mówić o jakimkolwiek szeregowaniu tych filmów, bo nie mam do nich chyba aż takiego stosunku emocjonalnego. Uogólniając, można powiedzieć, że obydwa poruszają podobną tematykę, mamy pewne lęki egzystencjalne, jakieś niedopowiedzenia… Mnie się wydaje, że Lanthimos stosuje dobre środki formalne, żeby przedstawiać tego typu historie, chociaż przyznaję – w „Zabiciu świętego jelenia” wszystkie te środki zostały podkręcone o kilka stopni, co dla niektórych może stanowić problem.

        Z ciekawości – widziałeś jakiś film Aronofsky’ego? W moim przekonaniu poziom udziwnienia w filmach Lanthimosa to jest nic w porównaniu z tym, co wyczynia Aronofsky. Jego ostatniego filmu, „Mother”, nie da się oglądać.

        • 13 stycznia 2018 o 13:31

          Wybacz, że nie wywnioskowałem odpowiedniej płci ;).
          Tak, widziałem większość filmów Arnofskiego przy czym za dziwny (ja używam określenia schiza) uważam tylko „Pi”. (Mother jeszcze nie widziałem… ale jakoś nie mam dużej presji ten film).
          Lanthimos jednak moim zdaniem robi „dziwniejsze” filmy. (choć kwestia odbioru to też pewnie kwestia wieku – Arnofskiego oglądało jak byłem dużo młodszy 😉

          I niestety podobnie jak u Lathiomsa Arnofsky im później tym gorzej… Najbardziej podobały mi się Pi i Requiem dla snu… dalej było coraz bardziej przekombinowanie… (na siłę) (zresztą recenzję Czarnego Łabędzia znajdziesz na tym blogu)

          • 13 stycznia 2018 o 20:48

            Zerknę 🙂 A jak zobaczysz „Mother”, to zapraszam do mojej recenzji, możemy sobie podyskutować.

          • 13 stycznia 2018 o 21:34

            Z przyjemnością 🙂

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: