Film: Lady Bird

Osobiście bardzo lubię Gretę Gerwig. Choć zadebiutowała stosunkowo niedawno, bo w 2006 roku, to zagrała już w ponad 30 filmach. Aż 10 z tych produkcji miałem okazję zobaczyć. Z zaciekawianiem więc śledziłem informacje o jej pierwszym samodzielnie wyreżyserowanym filmie (nie było to jednak jej pierwsze doświadczenia reżyserskie, bo w 2008 była współreżyserem filmu Noce i Weekendy). Dosyć zaskakująco o filmie zrobiło się całkiem głośno po Złotych Globach i nominacjach do kilku Oskarów. Czy Lady Bird to rzeczywiście produkcja godna stawki oskarowej i czy szum wokół tego filmu jest naprawdę zasłużony?

Christine McPershon to uczennica szkoły katolickiej w Sacramento. Stolica amerykańskiego stanu Kalifornia wbrew pozorom nie jest pępkiem świata ustępując znacznie bardziej rozpoznawalnym Los Angeles, San Francisco czy San Diego. Nasza młoda bohaterka marzy o wyrwaniu się ze swojego miasta najchętniej do artystycznego Nowego Jorku. Christine, jak to 17-latka mająca wkrótce wkroczyć w dorosłość uważa siebie za osobę nietuzinkową choć tak naprawdę wciąż szuka pomysłu na siebie i swoje życie. Przejawem jej oryginalności jest przydomek “Lady Bird”, który uważa za swoje imię i w taki sposób każe wszystkim zwracać się do siebie. Niestety “Lady Bird” nie jest ani specjalnie zdolna ani nie pochodzi z bogatej rodziny co umożliwiło by jej łatwiejsze opuszczenie rodzinnego domu. Jest nawet gorzej, bo aktualnie jej familia przechodzi kryzys finansowy. Ojciec stracił pracę a matka “psychiatra” musi brać dodatkowe etaty aby utrzymać rodzinę. Stąd też wszelkie ekstrawagancje i zachcianki “Lady Bird” nie spotykają się ze zrozumieniem najbliższych (no może poza wyrozumiałym ojcem).

Jak to w amerykańskiej szkole średniej nasza bohaterka stara się odnaleźć wśród bardziej popularnych kolegów i koleżanek. Szuka atencji, zrozumienia ale też pomysłu na siebie. Konfrontacja katolickiej szkoły do której uczęszcza oraz drobnomieszczańskiego otoczenia z buntowniczą nastolatką jest pretekstem do mnożenia wielu zarazem komicznych jak i nieco bardziej poważnych sytuacji na drodze do dorosłości, oraz upragnionego opuszczenie rodzinnego gniazda…

Wbrew powszechnym opiniom mówiącym o oryginalności tej produkcji sam film nie jest specjalnie odkrywczy. Jest to produkcja spod znaku kina „indie” dobrze znanego bywalcom festiwalu w Sundance.

Jedyny wyróżnik tego filmu, w stosunku do klasycznych produkcji pokazywanych na tym amerykańskim festiwalu kina niezależnego, to sposób montażu… niestety jest to wyróżnik na minus. Prezentowane tam w ostatnich latach kino zazwyczaj jest nieśpieszne, dające przestrzeń do chłonięcia historii, klimatu, poznawania bohaterów… a także podziwiania wystylizowanych kadrów.

Tutaj montaż przypomina niemal ten z filmów akcji. Poszczególne sceny i ujęcia pędzą jedno za drugim, liczba wątków i postaci jest spora a “dynamiczne” przechodzenie od jednej sceny do następnej nie pozwala poczuć klimatu, wczuć się w historię bohaterów, czy po prostu kontemplować ładnych zdjęć (choć pod tym względem film również niczym się nie wyróżnia). Co chwilę jesteśmy gonieni przez kolejne gagi, nowych bohaterów, zabawne sytuacje, od czasu do czasu przełamywane, krótką chwilą refleksji… na tyle jednak krótką, że nie wystarczającą, by zastanowić się nad tym co przed chwilą widzieliśmy i przetrawić myśli, które niewątpliwie reżyserka chciała nam przekazać.

Całość prowadzenie filmu sprawia wrażenie jakby, ktoś całą, grubą książkę chciał upchnąć w jednym rozdziale… Być może powodem tego pośpiechu był fakt, że oryginalny scenariusz napisanych przez Gerwig liczył 350 stron… co przekładałoby się na 6 godzinny film.  Biorąc jednak pod uwagę, że ostatecznie seans trwa jedynie 93 minuty taki pośpiech wcale nie był uzasadniony. Zdecydowanie można było nieco uspokoić tempo i dać więcej “oddechu” między poszczególnymi scenami.

Aktorsko jest dobrze… ale znowu bez jakichś spektakularnych ochów i achów (ostatnie Trzy Bilboardy mocno podniosły poprzeczkę oczekiwań). Jednak to nie Saoirse Ronan (w tytułowej roli) czy Laurie Metcalf (w roli jej matki) zaintrygowały mnie najbardziej. Tym aktorem był Timothée Chalamet jako Kyle. To pierwszy film, który z nim widziałem i przyznam, że jego rola zaciekawiła mnie na tyle, że chyba przełamię się i sprawdzę inną tegoroczną propozycję Oskarową z jego udziałem Tamte dni, tamte noce (Call Me by Your Name) (która nota bene z trailera wygląda jak Ukryte Pragnienia gdzie Liv Taylor zastąpiono młodym chłopakiem… rozumiecie chyba, że trudno to uznać za „dobrą zmianę” i moje wahania dotycząc tego czy warto się na ten film wybrać ;).

Przyznam, że po obejrzeniu Lady Bird byłem zaskoczony tym, że film ten otrzymał nominacje do Oskarów. Jest to produkcja zdecydowanie bardziej Sundancowa niż Oskarowa, co więcej nie jest też pod żadnym względem wybitna, a na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat w Sundance pojawiło się znacznie więcej filmów, które bardziej zasługiwały na dostrzeżenie przez Akademię.

Żeby nie być gołosłownym poniżej kilkanaście tytułów filmów w podobnym klimacie/ o podobnej tematyce do Lady Bird, które oceniłem wyżej od najnowszego filmu Gerwig.

Przekornie zacznę od filmów… z udziałem Grety jako aktorki (klikając na link przejdźcie do mojej recenzji):

Poniżej zaś lista filmów pokazywanych na kilkunastu ostatnich edycjach festiwalu w Sundance, które również zyskały w moich oczach wyższą ocenę:

Ktoś zapewne powie, że powinienem się cieszyć, że pewne schematy preferowane przez Akademię zostają przełamane… no super ale podobnych filmów powstało już dziesiątki i to dużo wcześniej więc dlaczego akurat Lady Bird została wyróżniona…

Gdy zacząłem się zastanawiać nad przyczyną tego fenomenu to jedyny powód, który znalazłem to kwestia jego promocji, a konkretnie osoby producenta w postaci Eli Bush, który na swoim koncie ma m.in: Ex Machina, Inherent Vice, The Grand Budapest Hotel, Captain Phillips, Moonrise Kingdom, Extremely Loud & Incredibly Close, The Girl with the Dragon Tattoo. 

Jak widać większość to produkcje nieco bardziej “indie”, które zdobyły rozgłos w wielkim Hollywood. Odpowiednia promocja filmu w przypadku Oskarów jest kluczowa. Stąd pewnie duża rola producenta, który ma już wyrobioną markę i kontakty. Zapewne to dzięki niemu film został dostrzeżony przez konserwatywnych członków akademii i stąd jego spektakularny sukces.

Żeby nie było nieporozumień. Lady Bird to interesujące kino, różne od tego co możemy spotkać na co dzień w multipleksach, jednak dla osób, które kojarzą filmy pokazywane na festiwalu w Sundance nie jest ta produkcja w żadnym przypadku zaskakująca, wybitna czy też specjalnie intrygująca. Ot, kolejny film niezależny o dorastaniu i poszukiwaniu własnego „ja”, co więcej zrealizowanych i nakręcony w bardzo przeciętny sposób.

P.S. Film bardzo podobał się KaTe, entuzjastyczne reakcje kobiet na Lady Bird sugerują, że jest to produkcja, z którą płeć piękna lepiej potrafi się zidentyfikować. Tak więc jeżeli jesteś kobietą spokojnie możesz dodać 1 oczko do mojej oceny ;). Wygląda na to, że faceci wolą jednak Boyhooda.

Moja subiektywna ocena: 6/10 (jak interpretować moje oceny dowiesz się tutaj.)

Więcej o filmie na: Filmwebie, IMDB

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s