Film: Roma

Roma to film na którym rozpływają się wszyscy krytycy jak nad jakimś niesamowitym arcydziełem. Przyznam, że kompletnie nie rozumie tych ochów i achów. Pomimo szczerych chęci, niestety ja tam arcydzieła nie dostrzegam.

Po seansie najnowszego filmu Cuaróna stwierdziłem, że chyba muszę obejrzeć kilka innych recenzji, bo może moja edukacja filmowa jest zbyt uboga albo czegoś o tym filmie lub jego kontekście nie wiem. Postanowiłem więc zajrzeć na kanały najbardziej popularnych, polskich youtuberów zajmujących się filmem i sprawdzić czy aby czegoś podczas sensu nie przeoczyłem albo nie zrozumiałem.

I wiecie co? Każda z tych recenzji wyglądała bardzo podobnie i nic odkrywczego w niej nie było. Choć byli to różni youtuberzy, którzy mają nieco odmienne gusta, to spostrzeżenia z niej płynące były niemal identyczne. To o tyle dziwne, że zazwyczaj produkcje które doczekały się metki arcydzieła to filmy, które pozwalają na wieloraką interpretację i doszukiwanie się w nich głębszych treści… tutaj wyglądało to tak, jakby przekazem dnia był “Cuarón wielkim reżyserem jest i zachwyca” problem w tym, że nie zachwyca… a przynajmniej nie wszystkich…

Cóż więc się przewija w tych recenzjach? Przede wszystkim fakt, że jest to dzieło bardzo osobiste. Cuarón na bazie własnych doświadczeń przedstawia historię rodziny klasy średniej  mieszkającej w tytułowej dzielnicy Roma znajdującej się Mexico City. Ich losy poznajemy głównie z perspektywy służącej, meksykanki, która wraz z siostrą jest pomocą domową dla zamożnych, białych właścicieli. Oprócz losów licznej rodziny, która właśnie przechodzi kryzys małżeński, nasza bohaterka ma również własne problem z pierwszą miłością i dramatycznymi wydarzeniami z tym związanymi. Całość jest więc obrazem obyczajowym przedstawiającym życie pewnej części społeczeństwa meksykańskiego na początku lat 70-tych, na tle lekko zarysowanych wydarzeń z tamtego okresu.

Owszem, film jest ładnie nakręcony. Ale bardzo osobista historia ani specjalnie nie pasjonuje, ani nie wciąga, ani nie intryguje. Pomimo tego, że na ekranie niby cały czas się coś dzieje (to, że w niektórych recenzjach pojawia się sformułowanie, że w filmie niewiele się dzieje nie jest prawdą – chyba, że ktoś za punkt odniesinia przyjmie Avengersów – w porównaniu z przeciętnym filmem pokazywanym na festiwalu Nowe Horyzonty jest to film pełen “akcji”).

Choć sam scenariusz przedstawia niby uniwersalną historię to jest jednak dosyć hermetyczny. Tło historyczne jest tylko tłem i bez znajomości historii Meksyku trudno coś konkretnego się z niego dowiedzieć. Nawet dramatyczne wydarzenia, których jesteśmy świadkami niespecjalnie mnie poruszyły. I nie jest to chyba problem związany z obsadzeniem naturszczyków w większości ról – oni generalnie „dają radę”. No i oczywiście wszyscy podkreślają jego feministyczny wydźwięk z czym oczywiście trudno polemizować, bo główne role oraz cała oś akcji w filmie nastawiona jest na kobiety. Wciąż, nie czyni to z filmu arcydzieła.

Nie da się ukryć, że w Romie jest wiele scen, które zapewne mają jakąś symbolikę ale ich znaczenie, nie znając biografii reżysera i być może jakichś historycznych niuansów nie sposób odszyfrować (no może oprócz jawnego nawiązania do Grawitacji ;). Często przelatujące samoloty, pojawiający się w wielu kadrach ludzie w dziwnych kostiumach czy różne samochody które często mają istotne znaczenie dla wydarzeń, na pewno mają jakieś głębsze dno… ale możemy się tylko o tym domyślać (żadna z przeczytanych/obejrzanych przeze mnie recenzji nie stara się tych symboli rozgryźć).

Roma często porównywana jest do filmów włoskich klasyków jak np. Ettore Scoli. I choć widziałem tylko jeden film Scoli – Rodzina (La Famiglia), to jest to film zdecydowanie bardziej pasjonujący i mówiący dużo więcej i w ciekawszy sposób na temat „rodziny” i jej losów na tle burzliwych dziejów historycznych. Jest to film pod każdym względem lepszy od Romy – i aby to osiągnąć wcale nie musiał być czarno-biały.

Zarówno sam film jak i żadna z recenzji (żeby nie było że czepiam się youtuberów, czytałem też te opisowe) nie przekonała mnie, że mamy do czynienia z arcydziełem. Za pewne będzie to istotny film dla kinematografii meksykańskiej, jednak poza tym, nie jest to produkcja pod żadnym względem przełomowa czy wybitna (no dobra może dla Netflixa, jeżeli rzeczywiście uda im się zdobyć Oskara). Nawet zdjęcia z filmu, choć lekko hipnotyzujące, za które odpowiada Cuarón ale były konsultowane z Emmanuelem Lubezkinem (który pracował przy pre-produkcji ale nie mógł być obecny na planie filmowy ze względu na inne zobowiązania), nie powiesiłbym sobie na ścianie, choć fotografię czarno-białą lubię.

Z filmów tego reżysera wciąż moim ulubionym pozostaje I twoją matkę też (Y tu mamá también) i jeżeli ktoś miałby zacząć poznawanie jego twórczości to polecałbym ten film na początek.

Film Cuaróna będzie prawdopodobnie głównym konkurentem Zimnej wojny do Oskara w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny. I choć żadna z tych produkcji mnie nie porwała to jednak bardziej będę kibicował filmowi Pawlikowskiego.

Moja subiektywna ocena: 6/10 (jak interpretować moje oceny dowiesz się tutaj.)

Więcej o filmie na: Filmwebie, IMDB

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s