Film: To my (Us)

Seans drugiego filmu Jordana Peele z premedytacją odpuściłem w kinie, choć jego reżyserki debiut Uciekaj! bardzo mi się podobał. Z trailera wynikało bowiem, że będziemy mieli do czynienia z produkcją osadzoną zdecydowanie bardziej w gatunku horroru niż jego pierwsza produkcja. Mimo wszystko film trafił na listę do obejrzenie, bo po udanym debiucie widać, że reżyser ma talent i oryginalności mu nie brakuje. Świetnie, że przy okazji 1 listopada w końcu zmobilizowałem się do jego obejrzenia i nie odpuściłem sobie tego seansu, bo choć To my nie jest tak przełomowy jak Uciekaj! (który oparty był na rewelacyjnym pomyśle) to widać, że reżyser się rozwija i jego kolejny film jest zdecydowanie dojrzalszy.

Film rozpoczyna się od sceny dziejącej się w 1986 (jest to data istotna w kontekście rzeczywistych wydarzeń, które miały wówczas miejsce i są dosyć kluczowe dla interpretacji filmu). Wówczas to kilkuletnia Adelaida przebywa z rodzicami na wakacjach w kurorcie nad oceanem. Wieczorem całą rodziną wybierają się do położonego przy plaży parku rozrywki. Młoda dziewczyna na kilka minut znika z oczu rodziców. W tym czasie trafia do specyficznego gabinetu luster… tam czeka ją nieoczekiwanie spotkanie, które odbije się na jej całym życiu…

Akcja następnie przenosi się do współczesności. Dorosła już Adelaida (Lupita Nyong’o) wraz z rodziną: mężem Abrahamem (Winston Duke) i dwójką dzieci młodszym synem Jasonem (Evan Alex) i starszą córką Zorą (Shahadi Wright Joseph) wybierają się na wakacje do swojego domku letniskowego. W trakcie pobytu Abraham rzuca pomysł aby wybrać się na plażę do Santa Cruze gdzie umówił się ze znajomymi. Okazuje się, że jest to ta sama plaża, którą Adelaida odwiedziła jako mała dziewczynka. Pomimo intuicyjnego strachu daje się przekonać do tego pomysłu…

Stare wspomnienia i przeżycia powracają gdy widzi znajome miejsca… Jednak prawdziwy horror zaczyna się po powrocie do “bezpiecznego” domu. Tam późnym wieczorem (11:11) przed ich domem staje tajemnicza rodzina… okazuje się, że nie mają oni szlachetnych zamiarów, a na dodatek wyglądają podejrzanie podobnie do naszych bohaterów… i w tym momencie zaczyna się walka o przetrwanie… oraz próba zrozumienia co tak naprawdę się tam dzieje.

Zacznijmy od tego, że film choć jest osadzony zdecydowanie bardziej niż Uciekaj! w konwencji horroru… tym horrorem do końca nie jest. A przynajmniej napięcie i niepokój w nim wywoływany nie jest spowodowany prostymi “scary jumpami”, a raczej aurą tajemniczości i zaciekawieniem całą niecodzienną sytuacją. I choć miłośnicy bardziej klasycznych horrorów tym razem (w przeciwieństwie do debiutu reżysera) zapewne znajdą też coś dla siebie to reszta widzów spokojnie jest w stanie przetrwać seans bez częstego odwracania wzroku lub nadmiernych palpitacji serca.

Jak też wspomniałem na początku widać, że Jordan Peele rozwija swój warsztat reżyserski. Film ten jest niesamowicie przemyślany, reżyser nie tylko bawi się konwencją, przemyca symbole i liczne nawiązania do popkultury pomagające rozwikłać zagadkę i mające naprowadzić widza na pewne ścieżki, to jeszcze jest w stanie nadać filmowi kilka warstw interpretacyjnych, które w dużej mierze zależą od Waszych doświadczeń.

Pierwszym tematem poruszanym przez film jest zmaganie się z traumą. Ten motyw najczęściej pojawia się w wywiadach ekipy i reżysera. Jaki wpływ na ludzi mają wydarzenia z przeszłości (szczególnie z dzieciństwa) oraz jak można sobie z nimi poradzić.

Drugim istotnym (chyba nawet częściej pojawiającym się w interpretacjach) motywem jest komentarz społeczny. Peele to twórca zaangażowany. Już pierwszy jego film miał mocny wydźwięk. Tym razem idzie on jeszcze dalej!

Tematy społeczne ostatnio stały się bardzo modne. To już kolejny film, który miałem okazję oglądać w ostatnim czasie (Parasite, Solista, Joker) poruszający ten wątek. I muszę przyznać, że “To my” najlepiej wypada w tym towarzystwie dając najciekawszy materiał do przemyśleń. Duża zasługa w tym zapewne scenariusza który pokazał szerszy kontekst historii naszych bohaterów (w przeciwieństwie do Parasite, który praktycznie nie daje wglądu w historię poszczególnych postaci).

Oczywiście niezależnie od głębi filmu i jego ukrytych znaczeń, “Us” to przede wszystkim świetna zabawa dla widzów lubiących doszukiwać się drugiego dna oraz wyłapywania wszystkich smaczków, symboli i tropów interpretacyjnych umieszczonych przez autorów. Wspomnę tylko o dwóch kluczowych: liczbie 11:11 będącej tutaj symbolem dualizmu oraz koszulkach bohaterów, które zabawnie nawiązują do popkultury.

Po seansie, jeżeli nie skupiliście się za bardzo na ich wyszukiwaniu w jego trakcie (choć np. taką koszulkę ze rekinem trudno przeoczyć w scenie na plaży ;), to polecam obejrzeć kilka filmików na youtube, gdzie produkcja rozkładana jest na czynniki pierwsze. Na pewno znajdziecie tam wiele interesujących teorii oraz nawiązań, których mogliście nie zauważyć.

Wielkim niedopatrzeniem byłoby gdybym nie poświęcił akapitu realizacji technicznej, bo tutaj również mamy wiele pozytywów. Zacznijmy od stylistyki. Czerwone stroje napastników, maski noszone przez najmłodszych członków rodziny, skórzane rękawiczki czy symboliczne nożyczki… To wszystko świetnie buduje nastrój i nadaje kolejne symbole tak ważne aby stać się dziełem kultowym w swoim gatunku.

Rewelacyjnie reżyser bawi się też muzyką, świetnie wykorzystując ją sytuacyjnie. Wpadający w ucho utwór “I got 5 on it” Luiza pojawia się w trzech różnych interpretacjach, a bezbłędna scena w domu znajomych naszych bohaterów z utworem “Fuck the police” zespołu N.W.A czy “Good Vibrations” Beach Boysów to tylko najbardziej jaskrawe przykłady.

Warto też wspomnieć o aktorach którzy musieli się wcielić w podwójne role. I choć pierwsze skrzypce gra tutaj na pewno Lupita Nyong’o to pozostali wykonawcy (szczególnie dzieci) również świetnie wywiązują się z, nieprostego, zadania zagrania dwóch różnych, a jednak jakoś połączonych ze sobą postaci.

Wygląda na to, że już wkrótce “piekło zamarznie” i omijany przeze mnie gatunek horroru zniknie z mojej filmowej “czarnej listy”. Wszystko to za sprawą młodych twórców takich jak Peele czy Ari Aster (reżyser m.in Midsommer. W biały dzień, który również pozytywnie zaskakiwał). Biorą się oni za bary z tym gatunkiem i w końcu podchodzą do niego ambitniej niż większość reżyserów idących w proste “scary jumpy”. To młode pokolenia odkrywa w końcu to co zrobił Roman Polański z Dziecko Rosemary już w 1968 roku… to, że prawdziwy strach najefektywniej można wywołać na poziomie psychologicznym – w naszych głowach.

Przyznam, że To my jest filmem na tyle przemyślanym i bawiącym się z widzem, że aż zachęca do kolejnego seansu aby jeszcze raz przyjrzeć się poszczególnym bohaterom, konkretnym scenom oraz poszukać kolejnych nawiązań, symboli czy warstw interpretacyjnych. To świetny materiał na film kultowy, który można oglądać wiele razy i za każdym razem czerpać z tego pewną formę przyjemności. Osobiście szczerze polecam.

Moja subiektywna ocena: 7/10 (jak interpretować moje oceny dowiesz się tutaj.)

Więcej o filmie na: Filmwebie, IMDB

Jedna myśl na temat “Film: To my (Us)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s